![]() ![]() ![]() |
| akson.org > Artykuł | Wyszukiwarka: |
Login: Hasło: | Artykuł Początek drogi Źródło: Mariola Łapacz Kubuś urodził się w 25 tygodniu ciąży (czyli 15 tygodni przed terminem) z wagą 700 g. Po porodzie szukałam wszelkich informacji o wcześniakach. Nie znalazłam ich zbyt wiele. Uczyłam się obserwując moje dziecko, słuchając wskazówek lekarzy, pielęgniarek a potem rehabilitantów i psychologów. Dzisiaj chciałabym swoją wiedzą i spostrzeżeniami podzielić się z innymi rodzicami, którzy są może na początku drogi. Oto moja historia. To była trzecia ciąża. Pierwsza minęła bez komplikacji. Drugą straciłam w dziesiątym tygodniu. Kiedy po dość długiej przerwie okazało się, że ponownie zaszłam w ciążę wszyscy bardzo się ucieszyliśmy a najbardziej moja 13-letnia córka. Ze względu na poronienie i wiek (37 lat) od samego początku byłam pod stałą kontrolą lekarza. Nic nie wskazywało, że może nastąpić przedwczesny poród, bowiem czułam się dobrze. Stosowałam się do zaleceń lekarza, a wyniki badań jakie wykonywano były prawidłowe. Jednak w 24 tygodniu zaczęłam krwawić. Znalazłam się w Szpitalu Morskim im PCK w Gdyni – gdzie mieszkam. Badania wykazały infekcje wewnątrz organizmu oraz polipy na macicy. Podjęto leczenie w trakcie którego dostałam również profilaktycznie steroidy przyspieszające rozwój płuc dziecka. Po 10 dniach nastąpiła znaczna poprawa. Ucieszyła się, że wszystko ustabilizowało się. Moja radość była jednak krótka. Niespodziewanie, wieczorem rozpoczęła się akcja porodowa. Próbowano uspokoić skórcze, ale ani kroplówka ani zastrzyki nie pomogły. Około godziny 22.oo miałam już rozwarcie na dwa palce. Położono mnie więc na porodówce i pozwolono zadzwonić po męża. Potem wszystko działo się tak szybko, że trudno jest mi o tym pisać. Pamiętam tylko, że byłam w szoku. Nie chciałam przeć, prosiłam aby mnie zaszyli, bo nie powinnam jeszcze rodzić, a tak bardzo pragnęłam tego dziecka. Przez cały czas mąż uspokajał mnie i wspierał. Natomiast lekarz (dr Laukoniecki) tłumaczył, że inkubator się już grzeje a pediatrzy są w pogotowiu. Wszystko skończyło się o 2.15. Nie pokazano mi mojego synka, ponieważ natychmiast przystąpiono do ratowanie mu życia. Zauważyłam tylko w lampach wiszących nad łóżkiem, że mieścił się w dwóch dłoniach lekarza. Tak bardzo chciałam go wówczas przytulić, powiedzieć jak bardzo jest kochany i dodać mu sił w walce o swoje życie. Płakałam jak małe dziecko, ponieważ nie wiedziałam kiedy go zobaczę i w jakim stanie. Oczekiwanie na lekarza pediatrę było wiecznością. Przyszedł do nas gdy stan naszego synka ustabilizował się. Dowiedzieliśmy się wtedy, że jest skrajnym wcześniakiem z cechami znacznej niedojrzałości i objawami zespołu zaburzeń oddychania oraz infekcją organizmu. Ze względu na swój stan nie mógł być dalej leczony w tym szpitalu (leczą tam tylko noworodki z waga urodzeniową powyżej 1000 g). Około 5 rano miała po niego przyjechać karetka i zawieść go do szpitala specjalistycznego w Gdańsku Zaspie na Oddział Neonatologii i Intensywnej Terapii Noworodka. Podano nam telefon do tego szpitala i kazano kontaktować się z tamtejszymi lekarzami około południa. Teraz pozostało nam tylko czekać na dalszy rozwój wypadków. Nie mogłam spać. Cały czas myślałam o moim synku „rozmawiałam” z nim chcąc go wesprzeć duchowo. Modliłam się o życie dla tej małej, bezbronnej istotki. Wczesnym rankiem pielęgniarki powiedziały mi, że mały trzymał się dzielnie i jest już na Zaspie (czyli dotrwał do przyjazdu karetki). Zatliła się wtedy we mnie jakaś maleńka iskierka nadziei. Z wielką niecierpliwością czekałam na wiadomość z Zaspy. Mąż jednak nie mógł się tam dodzwonić, więc postanowił tam pojechać. Na oddział wszedł bez problemu. Dyżur miała ordynator dr Alicja Sowa, która pokazała mężowi maleństwo, poinformowała go o jego stanie zdrowia i dała bezpośredni telefon na oddział (pod który mogliśmy zawsze dzwonić by dowiedzieć się o aktualny stan Kuby) oraz powiedziała o możliwości odwiedzin dziecka o każdej porze (bez jakichkolwiek ograniczeń). Po powrocie trudno mu było opisać nasze maleństwo. Później, gdy go sama zobaczyłam zrozumiałam dlaczego. Trzy dni, które obowiązkowo należy odleżeć w szpitalu ciągnęły mi się w nieskończoność. Mimo, że mąż informował mnie na bieżąco o stanie naszego syna, to chciałam go jak najszybciej zobaczyć. Stan jego był cały czas ciężki aczkolwiek stabilny. W końcu nadszedł dzień mojego wypisu ze szpitala. Zaraz po południu (jeszcze tego samego dnia) pojechałam do szpitala na Zaspę. To co zobaczyłam nie da się tak po prostu opisać. Nasz syn leżał na tak zwanym stanowisku otwartym , podłączony do różnych maszyn. W buzi miał rurkę, która podłączona była do respiratora. W główce i rączkach widniały maleńkie weflony a z pępuszka wystawała sonda. Miał zarośnięte oczka oraz niewykształcone brwi i oczy. Na tułowiu brak było sutków, a na palcach paznokci. Główkę miał jak moja pięść, palce cienkie jak zapałki, a stópki długie na pół mojego palca. Mierzył zaledwie 29 cm. Zamiast skóry miał cienką przezroczystą powłokę, cały był pokryty meszkiem. To, co działo się we mnie wówczas trudno opisać. Przede wszystkim było mi go żal. Dopiero zaczął swoje życie a już tak cierpiał. Zaczęłam obwiniać siebie za ten stan :”może coś zrobiłam źle, może czegoś nie dopatrzyłam, może...” to poczucie winy było straszne. Cieszę się, że w tym trudnym okresie był przy mnie mąż, rodzice oraz przyjaciele. Nasz syn Kuba w szpitalu na Zaspie przeleżał 103 dni. W tym czasie przeszedł: martwicze zapalenie jelit, zakażenie organizmu, kilkakrotne zapalenie płuc. Wentylowany był mechanicznie przez 60 dni. Tlenoteraię bierną stosowano u niego 29 dni. 70 dni przebywał w inkubatorze a resztę (33 dni) w łóżeczku. O jego pobycie na oddziale intensywnej terapii mogłabym chyba napisać książkę, opisując każdy dzień jego życia (pisałam pamiętnik). Postaram się opowiedzieć to w jak największym skrócie. Jeździliśmy do szpitala codziennie. Przez pierwsze 3 dni jeździł mąż, a potem jeździliśmy już razem. Oprócz tego rano i wieczorem dzwoniliśmy na oddział pytając o stan zdrowia syna. W dziewiątym dniu jego pobytu w szpitalu nie mogliśmy być u niego. Następnego dnia okazało się , że wpadł w poważny kryzys. Obiecałam sobie wówczas, że zawsze ktoś przy nim będzie. Nie może być tak, aby w jakimś dniu zabrakło przy nim nas. Jeżeli ja nie mogłam, był mąż i odwrotnie. Często jeździliśmy razem. Staliśmy wtedy przy inkubatorze rozmawiając z nim o tym co się dzieje w domu, chwaląc go za to, że tak dzielnie się trzyma, a przede wszystkim staraliśmy się go jak najdłużej głaskać i dotykać. Mówiliśmy mu, że wszyscy na niego czekają w domu. W trakcie każdej wizyty mogliśmy otrzymać szczegółowe informacje o stanie zdrowia naszego syna. Lekarze zawsze cierpliwie odpowiadali na nasze pytania. Musieliśmy tylko nauczyć się ich zadawania. Pielęgniarki natomiast opowiadały nam, co Kuba robił i jak się zachowywał gdy nas nie było. Służyły nam też fachowymi radami. Kiedy przeżywał poważny kryzys lekarze kazali nam być przygotowanymi na wszystko. Dowiedzieliśmy się wówczas, że chłopców z tak niską wagą urodzeniową jest bardzo trudno utrzymać przy życiu i że lepiej radzą sobie dziewczynki. Bardzo ładnie powiedziała wówczas pani doktor opiekująca się naszym dzieckiem: „Jeżeli Bóg będzie chciał abyście mieli to dziecko, to je mieć będziecie, a my ze swej strony zrobimy wszystko, aby mu w tym dopomagać”. Tymi słowami nie dała nam zbyt wiele nadziei, ale też jej nam nie odebrała. Mój mąż stwierdził jednak, że musi być kiedyś ten pierwszy raz i że to nasz syn nim będzie. Ze względu na ciężki stan zdrowia Kubusia postanowiliśmy go ochrzcić. Chcieliśmy, aby zrobił to nasz znajomy ksiądz. Nikt nie robił nam żadnych problemów. Chrzest nawet sfilmowaliśmy i zrobiliśmy parę zdjęć. Później jeszcze niejednokrotnie go filmowaliśmy i fotografowaliśmy. Ma bardzo pokaźny album i film. Po pewnym czasie na oddziale czułam się jak u siebie w domu. Znałam cały personel i zwyczaje tam panujące. Po nastroju lekarzy czy pielęgniarek umiałam „odczytać” stan naszego dziecka. Znałam się na „maszynach” do których był podłączony, a wyniki nie były dla mnie tajemnicą. Wielokrotnie byłam przy jego „toalecie”. Widziałam zdjęcia jego maleńkich płuc, które były bardzo chore. Duży przeżyciem były dla mnie wszystkie próby odłączenia go od respiratora. Pierwszy raz nastąpiło to równy miesiąc po jego urodzeniu. Samodzielnie oddychał wówczas tylko godzinę. Po dwóch tygodniach ponownie odłączono go od respiratora. Oddychał wtedy cały dzień. Niestety wieczorem się zmęczył. Po tygodniu podjęto kolejną próbę i oddychał sam przez 7 dni. Ostatnia próba, zakończona sukcesem, nastąpiła gdy miał 2 miesiące i ważył 1290 g. Więcej już na „rurę” nie wrócił. Przełożono go z inkubatora do łóżeczka. Dwa miesiące i 6 dni po jego urodzeniu mogłam po raz pierwszy przytulić swoje maleństwo. Serce biło mi mocno i jemu również. Było to niesamowite i cudowne ważenie. Nareszcie mogłam się w pełni cieszyć moim synkiem. Miałam jednak świadomość, że zagrożenia cały czas istnieje. Lekarze mówili nam, że wcześniaki są nieprzewidywalne, ale wierzyłam mocno, że najgorsze ma już za sobą. Nareszcie w ciągu codziennych wizyt mogłam go ubierać, kangurzyć (kładłam go na siebie i leżał na moim brzuchu). Ubierałam go w ubranka dla lalek, bo tylko takie na niego pasowały (a i tak były za duże). Przewijałam go a nawet karmiłam. Zawsze w pobliżu była pielęgniarka, która pomagała mi w tej pielęgnacji, szczególnie jak nie mogłam sobie z czymś poradzić. Pod koniec jego pobytu w szpitalu podjęłam nawet próbę karmienia piersią, która skończyła się powodzeniem. Pokarm utrzymywałam od czasu porodu. Pożyczyłam elektryczny laktator i odciągałam pokarm co 3 godziny (nawet w nocy), nie wiedząc czy Kuba zacznie przyjmować mój pokarm, ale stwierdziłam, że to dla niego będzie najlepsze lekarstwo. Swój pokarm zaczęłam wozić do szpitala po 40 dniach od urodzenia. Kuba ważył wówczas 990g i jadł po 14 cm pokarmu. Dowoziłam pokarm codziennie do szpitala do momentu aż chwycił pierś. Piersią karmię go do dziś. Wyjście Kuby ze szpitala było wielkim świętem. Ważył wtedy 2160g a jego stan ogólny był dobry. Przed nami otwierała się wielka niewiadoma – co dalej? Jak postępować z takim wcześniakiem? Natychmiast rozpoczęliśmy intensywną rehabilitację dwoma metodami – NDT i Vojty, regularnie chodziliśmy na kontrole do okulisty i neurologa. Kiedy podrósł rozpoczęliśmy również wizyty u psychologa i logopedy. Nigdy go też nie przegrzewaliśmy. Spał przy rozszczelnionym oknie w zimie, a przy otwartym od wiosny do jesieni. Najważniejsze jest to, że okazujemy mu cały czas czułość i miłość (brak nerwowości). Dzisiaj Kuba jest bardzo radosnym i uśmiechniętym chłopcem, który zaczyna samodzielnie chodzić. Patrząc na niego nikt nie przypuszczałby, że urodził się taki mały i z takimi obciążeniami. Faktem jest, że ma wielkie szczęście (urodził się w czepku). Nikt, bowiem, nie dawał mu szans przeżycia. W skali Apgar otrzymał 1 punkt, a on na przekór wszystkim żyje. Miał wylew 1 stopnia ale w strefy rozrodcze mózgu. Nie ma retinopatii a nadwzroczność jak normalnie urodzone dzieci. Wcale nie chorował chociaż ma dysplazję oskrzelowo-płucną. Wielka wiara i ciężka praca przyniosły rezultaty. Do tego sukcesu przyczynili się lekarze, rehabilitanci oraz ludzie, którzy pomagali nam finansowo. Życzę wszystkim rodzicom wcześniaków dużo wiary, wielkiego samozaparcia i walki o swoje dziecko. Mariola Łapacz 81-572 GDYNIA ul.Górnicza 18A/12 tel. (058) 660-07-24
Powrót do listy kategorii | |
| Copyright 2002-2003 akson.org. Wszelkie prawa zastrzeżone. |